Wybuchło blisko

Uwaga! Notatka bez poczucia humoru.

Wyobraź sobie, że jest piękny dzień: świeci słońce, jest ciepło, co w porównaniu z miejscem, w którym mieszkasz daje lato. Wstałaś rano, żeby zobaczyć więcej – wszystko co rekomendują przewodniki. Powoli idziesz do placu, gdzie masz do odhaczenia najważniejsze punkty. Robisz zdjęcia kotom i miotłom na ulicy. Odmawiasz sprzedawcom, którzy plotkują i opalają się na ulicy. Oduśmiechujesz się do ludzi, których mijasz, w końcu jak oni jesteś w tym mieście, nieważne czy na zawsze, czy na chwilę.

Podchodzisz do kas muzeum, trzeba kupić drogi bilet, żeby zobaczyć światowe dziedzictwo wewnątrz. I wtedy słyszysz huk. Wybuch. Fajerwerki w dzień? Może samochody, ale one wydają krak przy stłuczce? Po chwili ciszy jest też krzyk. Żadne Help, nikt nie wzywa pomocy. Ludzie dookoła wychodzą z budynku sprawdzić co się stało. Przez bramę widzisz jak przez plac, po którym dwie minuty wcześniej skakałaś robiąc zdjęcia, biegną ludzie. I wtedy powoli już wiesz, że TO z nagłówków gazet, z czołówek telewizji dzieje się raptem 50 metrów dalej. Samochód pułapka? Bomba w tramwaju? Zamachowiec–samobójca?

Chcemy być w hotelu – atrapie domu, która daje złudzenie bezpieczeństwa. Ale przecież ktoś może być jeszcze na placu. Snajper? Druga bomba? Zdarza się przecież. Nie wiemy czy wejść do Hagii Sofii, czy wychodzić. Strach. Spotykamy turystę z Libanu, który każe nam wejść do środka. Tłumaczy, że niemożliwe, żeby ktoś wniósł jakiś ładunek do środka.  Wchodzimy. Skanują nas i nasze torby. Tylko zwiedzanie jakoś mniej cieszy. Myślę sobie, że nie powinnam nikogo informować w Polsce. No w końcu to był jakiś zamachowiec, ale przecież dotrze to dopiero przy wieczornych serwisach. Po co denerwować rodziców. Po kwadransie rozdzwaniają się telefony. Sorry, nie da nikogo nie denerwować. Zginęło dziesięciu turystów, piętnaście osób zostało rannych. To nie my. Jest szczęście.

Zastanawiamy się cały czas czy go mijałyśmy. Czy może był jednym z tych, do którego się uśmiechałyśmy. Co by się stało gdybyśmy jednak zdecydowały zwiedzać Plac Sultanahmet od przeciwnej strony. A może stałybyśmy obok tej wycieczki, zwykłam przecież podsłuchiwać przewodników. To mógł być każdy. Zwłaszcza, że był w podobnym wieku, wyglądał jak tutejsi. Przypominam sobie rady, które kolekcjonowałyśmy szukając hotelu. Suchary, którymi obrzucałyśmy się przed wylotem. Unikać tłumów, unikać turystycznych miejsc, unikać transportu publicznego, unikać innych turystów, unikać ludzi, którzy dziwnie się zachowują, unikać takich, którzy wyglądają arabsko. Najlepiej zamknąć się w hotelu i spędzić tam cały wyjazd. Najlepiej na wczasy wybierać się do zamkniętego SPA, ale tam przecież też może zdarzyć się wybuch. Szaleńców można spotkać wszędzie – nie ważne czy na Placu w Stambule, na koncercie w Paryżu, czy pod Biedronką w Krakowie.

Po godzinie życie na Sultanahmet wraca do normy. Lodziarze kręcą lody. Śmieciarze zamiatają ulice. Na ławkach całują się zakochani. Rodzice wyprowadzają dzieci na spacer, a właściciele psów swoje pociechy. Turyści robią sobie selfie a to z Błękitnym Meczetem, a to z Hagią Sofią. Wokół miejsca wybuchu tłum gapiów, policja i media z całego świata. Łapie mnie dziennikarz z kamerzystą i jako specjalistka od wybuchów na wycieczkach udzielam wywiadu. Pyta czy się czuję bezpiecznie i czy chce jak najszybciej wyjechać. Przecież jest dużo policji, przecież gdyby miał być kolejny atak, to już by się wydarzył. I jakie wracać, bilety dopiero na jutro, cały dzień przed nami. Uświadamiam sobie, że gdybym chciała nagle wracać to nawet nie stać mnie na bilet na już, chyba ucieczka jest przywilejem dla tych, którzy mają przynajmniej oszczędności.

Nie zamykamy się w hotelu. Wychodzimy na miasto. Robimy zdjęcia. Dokuczamy przyjaciołom, że przywieziemy im bombę w prezencie. Gdy mówimy tutejszym, że byłyśmy blisko, nie obcałowują nas w oba policzki, gratulując szczęścia. Mówią, że ataki się zdarzają w tej części świata, trzeba się przyzwyczaić. Każdy dostaje określoną ilość oddechów mówi nam zaprzyjaźniony Turek. Facet w hotelu mówi, że był w Paryżu 13 listopada. Irakijczyk w samolocie kiwa głową, bo przecież w Iraku ktoś się wysadza przynajmniej trzy razy w tygodniu.

Jestem bezmyślna, bo wciąż ufam ludziom i aniołom stróżom. Boję się bardziej niż wcześniej, ale lepiej się przecież śmiać. I pewnie, że tutaj wrócę. Mam przecież ważną wizę. Stambuł może pochłonąć. Ludzie są piękni. Jedzenie jest dobre. Tyle przecież jeszcze do zobaczenia, a z powodu czynności terrorystycznych zamknięto miejsca, gdzie pójść trzeba. Można się bać o własne życie, o bliskich, którzy czekają w domu. Trzeba się bać. Ale nie wolno pozwolić by strach kierował podejmowanymi decyzjami. Cieszy mnie każdy dzień,  w którym jestem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s