Jak zaplanować, żeby nigdzie nie pojechać

Kiedy miałam jakieś 11 lat jarałam się wycieczką na przejście graniczne Brześć – Terespol. O jaka to była atrakcja. W eskorcie panów celników przeszliśmy przez szlabany i doszliśmy do połowy mostu na Bugu. A stamtąd, proszę Państwa, było widać zupełnie inne światy.

Za przybrzeżnymi krzaczorami rysowały się w tle jakieś bloki, budynki, kominy, dachy. Obce. Niepolskie. Zagraniczne. Inne. Czułam jak w moich jedenastoletnich oczach pojawia się wzruszenie. Jakiż historyczny moment. Pierwszy raz postawiłam swoje stopy w innym kraju. I to tak dalekim (całe 40 kilometrów od domu), i tak zagranicznym jak Białoruś. Co z tego, że stopy te stały na moście nad Bugiem i nawet nie przekroczyły tej grubej, czerwonej krechy znanej z mapy. Byłam na granicy. Pewnie tak samo czuli się ci, którzy przed rokiem moich narodzin przekraczali zachodnią granicę jadąc na saksy

Od tej pory planowanie podróży stało się moją pasją. Przygodę wyssałam z sokiem ze zrywanych trawek, na których koledzy z wakacji próbowali mnie nauczyć gwizdać. (Od tego momentu mam kompleks, że nie jestem wystarczająca męska jak na dziewczynę przystało, bo nie nauczyłam się ani tego, ani puszczania kaczek, ani wchodzenia na drzewa – ale to zupełnie inna historia). Namiętnie czytałam książki Szklarskiego, chciałam być Tomkiem, zazdrościłam kuzynowi, że ma tak na imię. Ja nie mogłam. Byłam Agatą. Podróżowałam więc z „Pieprzem i wanilią”, „Z kamerą wśród zwierząt” i innymi programami. W wymyślaniu zawsze byłam dobra. Ale kiedy skończyłam tak zwane 18 lat, i pojechałam – w nagrodę za udział w konkursie, w którym nic nie wygrałam – do Belgii, złapałam kolejną podjarę, że jednak te otwarcie granic, unie i inne polityczno-ekonomiczne hasła na coś się przydały. Bo zagranica istnieje nie tylko w telewizji.

Planowanie najlepiej jest zacząć od wymyślenia celu planu. Cele są różne, ale głownie chodzi o to, żeby wyjechać i wrócić, a potem opowiadać innym, że się było. I wysłać kartkę z zagranicznego kraju z obcą pieczątką- nie jakiegoś twita, insta, selfie. Kartkę. Prawdziwą i namacalną. Przywieźć zakładkę do kolekcji przyjaciółki. Znaleźć kubek dla siostry, chociaż wcale nie zbiera. I cele dla siebie. Napić się wina w Paryżu. Napić się kawy w Rzymie. Napić się piwa w Pradze. Napić się wódki w Banja Luce. Napić się wody z morza. Generalnie napić się zawsze.

Jak już cel się znajdzie to trzeba dobrze się do takiej podróży przygotować. Niestety tutaj potrzebne są finanse. Niestety trzeba być dobrym w oszczędzaniu, a u mnie skarbonka zawsze była bardziej pusta niż pełna. I tu trzeba kupić plecak. Kupić 10 par majtek, 5 par skarpetek, wygodne buty, niewygodne buty, ładne buty, pod prysznic buty, na zimę buty i o tamte buty też poproszę. Zakupić trzeba zestaw kosmetyków. Bo przydać się może wszystko. Lekki podkład, ciężki podkład, tusz do rzęs pogrubiający i wydłużający, tusz wodoodporny, paletę szminek, szampon suchy, mokry, balsam, maseczkę, maskę, odżywkę i lakiery fluorescencyjne. Następnie koniecznie sprawdzić czy się wszystko mieści. Jak się nie mieście to wpakować jeszcze raz upychając bardziej. A jak się mieści dorzucić coś jeszcze, co się przyda na czarną godzinę – polecam podkoszulek numer 21.

Po przygotowaniu trzeba zadać sobie podstawowe pytanie: dokąd. Quo chcesz vadis? I tutaj, jak na kreskówki przystało, z kieszeni wyskakuje cała zwinięta w rulon lista z miejscami, w których chce się być. W wyborze pomaga długopis i losowanie w ciemno. Ale tak naprawdę miejsce docelowe podróży wyznacza promocja/wielka obniżka cen/czarny piątek. I tak zamiast do wybranej od dawna za cel Hiszpanii, jedzie się po raz trzeci do Budapesztu, a zamiast do wymarzonej Lizbony – tłucze się busem do Rygi. Życie robi z człowieka łowce tanich lotów, a nie podróżnika.

Dopóki nie zostałam drapieżcą, zwykle moje planowanie, kończyło się na zmienianiu kanału w telewizji. Zawsze była wymówka. I nagle ruszyłam. Nikt mnie nie popchnął, nikt mi nie kazał. Po prostu byłam gotowa do drogi. I tak zostało. Bo najlepszą rzeczą na świecie jest spełnianie marzeń. Zwłaszcza, kiedy ma się ich zbyt wiele, żeby pomieścić je w jednej osobie. Ale uwaga! Trzeba uważnie przeczytać ulotkę załączoną do opakowania, bo marzenia jak wirusy się rozmnażają, a jak już raz się je zacznie spełniać, to nie ma bata, żeby się nie udało spełnić wszystkich. A ja już wiem, że zobaczę wszystko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s