saga o 222

Chmury są białe i nie mają w sobie nic z różu jak w „Dolinie Muminków”. Może dlatego, że to nie Finlandia. Puszyste – jak zawsze, gdy się leci, mieszają się z niebem. I potem niespodziewanie pokazuje się ona.

Nie jest typową pięknością, do której chciałbyś się wybrać. Horyzont nie łączy się tutaj z morzem do nieskończoności. Widać jej niespokojną naturę. Z góry jest nieco chropowata, szorstka. Całkiem kształtna – jest na czym oko zawiesić. Wydaje się niedostępna. Nawet bardzo. I ceni się. Nie pozwala byle komu wejść. Trzeba naprawdę jej chcieć.

Landscape

Na początku nie można odlepić twarzy od okna, żeby nie stracić każdego fragmentu jej ciała. Dla wielu to jedyna okazja, żeby nad nią górować. Zaraz po wylądowaniu to ona wchłonie. A to jest dosyć niespodziewane. Samolot zbliża się do tafli wody co raz bardziej. Niby pochyla głowę, chociaż tak naprawdę to kłania się u jej stóp. I potem nagle się zatrzymuje. Nikt nie jest pewien czy stoimy na wodzie, czy wylądowaliśmy. Gdy wychodzisz, żeby spojrzeć jej prosto w oczy odurza cię oddechem Nie tak szybko piękna. – mówisz i zaciągasz się zapachem stopionych od lądowania opon.

Landscape

Landscape

Nazywają ją Norwegią, co trochę znaczy Droga na Północ. Właściwie to sama jest północą. Jest maj i z trudnością można tu odróżnić dzień od nocy. Około 22. słońce ostatni raz przyrumienia białe szczyty. Potem zaczyna się zmrok, co raz głębszy i głębszy. Potem znowu świta. W ciągu zimy tylko przez kilka godzin świeci tutaj słońce. Ma w sobie coś mrocznego i niepokojącego. Tak. Znasz to. Wszystkie piękne kobiety to mają. Siadasz naprzeciwko niej i niby patrzysz jej prosto w oczy. Są czyste jak ta woda. Wiesz, że zakochujesz się w tych nieregularnych rysach twarzy. W tych szczytach, których nie możesz się doliczyć, chociaż wiesz, że jest ich 222, i że na żaden z nich nigdy nie wejdziesz. Mija kwadrans i zaczyna cię drapać w oczy i bynajmniej nie jest to wzruszenie. Drapie cię ze zmęczenia. To jak scenografia filmu z ogromnym budżetem, w którym nic się nie dzieje.

Landscape

Landscape

Landscape

Siedzimy tak z godzinę. Zjadamy resztki żurawiny z Polski. Suszymy buty, które przemoczyłam w drodze na Varden. Prom nie przypływa, nie wiemy czy przypłynie, a w barze obok shake kosztuje 30 złotych. Molde wygląda jak bezludne. Gdyby nie pewność, że samochody muszą mieć w środku żywego kierowcę, żeby się poruszać, można byłoby uznać, że to atrapa miasta. Mamy najlepszą miejscówki w tym niemym teatrze. Pierwszy rząd. Z prawej strony na ławce siedzi bezdomny. Z lewej strony na kolejnej ławce grupa młodych imigrantów spogląda na nas dziwnie jak to na obce. A my pierwszy raz od kiedy jesteśmy razem w drodze chcemy porywać samolot i wracać. Nie przywykłyśmy do ciszy, a tu ludzie nic nie mówią tylko patrzą się przed siebie. Obserwują i myślą. Po prostu czekają na noc, która i tak nie nadejdzie tej wiosny.

Landscape

Nasz prom do Vikebukt w końcu przypływa. Z taką radością nigdy nie wydałam 90 zł (chyba, że na nową sukienkę). Molde zostaje daleko za nami na przynajmniej kolejne kilka dni. Zbliżamy się do fiordów, a one zachowują się jak bezwstydne tancerki: obracają się z każdej strony, oddalają się i przybliżają, czasem puszczają oczko, kiedy słońce odbije się od wody, chociaż zdarza się im też oślepić.

Landscape

Landscape

Zanim się zorientujemy okrążają nas, a my znowu jesteśmy w nich zakochane. Frywolnie to wykorzystują, bo są bestie strasznie fotogeniczne. Prawie się przepychają przed obiektywem. I to buczenie silnika, które brzmi jak mantra. Jesteśmy stracone.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s