Czy Albania istnieje czyli o tym jak byłam misjonarką.

Istnieje legenda o kraju, który jest gdzieś, ale niewiadomo gdzie. Mówi się, że mieszkają tam ludzie, którzy mają swój język, niepodobny do żadnego innego języka. Ktoś inny wspomina − bo tam wojna. Życzliwi ostrzegają, że mafia, i że jak nie zabiją, to złapią i wyślą do burdelu. Lepiej nawet nie szukać tego kraju na mapie.

Albania zaczyna się nieśmiało, gdzieś za Barem albo Podgoricą. Droga zwęża się i ciągle zakręca. Zupełnie jakby chciała zniechęcić Europejczyków do przekroczenia granicy. Znikają budynki czarnogórskich hoteli, znikają dachy wiosek. Na drogę wchodzą drzewa i trawy. O tym, że żyją tu jacyś ludzie przypomina, wyrastający znikąd, przydrożny stragan z pamiątkami. Zatrzymując się przy nim zapewne można by kupić poradniki „Dlaczego nie warto jechać do Albanii?” i „Jeszcze możesz zawrócić”.

***

Bus trzęsie na wyboistej drodze. Gorąco, brak klimatyzacji. Kierowca Czarnogórzec, dwanaścioro turystów i dwie wolontariuszki. Dwunastka jedzie do kurortu Durres nad Adriatykiem. Wolontariuszki mają wysiąść na parkingu, przy hotelu, przy drodze, za jakąś mieściną, Kierowca ma przewieźć drugą grupę turystów z Durres do Ulcinja, zatrzymując się po drodze po kilku wolontariuszy, potem znowu przywieźć kolejnych turystów do hotelu i wrócić z innymi.

Mija trzydziesta piąta godzina drogi. Każdy ma dosyć − bolą karki od niewygodnych siedzeń, kręgosłupy, tyłki, nogi − od siedzenia w tej samej pozycji, głowy − od upału i zapachu. Wszyscy patrzą przez okna. Ktoś pochrapuje. Nawet mała Emilka milknie pierwszy raz od trzydziestu godzin, ale to chwilowy spokój. Podskok busa powoduje u dziecka zwrócenie pokarmu.. Mała wymiotuje i płacze. Turyści śpieszą z pomocą i radami matce.

***

Misje? W życiu nie myślałam, że pojadę kiedykolwiek. Podziwiałam misjonarzy, poznawałam ludzi, którzy byli na placówkach w Afryce i po cichu zazdrościłam im tej Afryki i marzyłam, że kiedyś sama tam pojadę. Tyle, że to było jedno z tych marzeń, o których się marzy, a nie które się spełnia- przynajmniej tak wtedy myślałam. A teraz wierzę, że i tam będę.

***

W końcu znikąd wyrasta przejście graniczne. Nowy budynek wyglądający jakby, ktoś go tu przypadkowo postawił. Kolejka aut ustawia się do szlabanu. Same mercedesy − marka ukochana przez Albańczyków. Shqipëria wita stadem kóz pędzonych po głównej drodze przez starca na ośle. Bus toczy się za nim przez kolejne dwa kilometry. Za nim kolejka samochodów. Aż do pierwszej przydrożnej knajpy, gdzie matka biegnie do łazienki, ażeby obmyć Emilkę z resztek jedzenia.

DSCN3666

Przed podróżnikami Szkodra − miasto w większości katolickie. Na jego obrzeżach znajduję się dzielnica cygańska. Ciasne domki ‚rozpychają się’ przy drodze nad brzegiem Buny. Leniwa rzeka, małe budynki, wzgórze z zamkiem, stary most i letnie słońce. I błękitne śmieci, plastikowe odpady, kolorowe opakowania, przezroczyste butelki, czarne opony, zardzewiałe konstrukcje. Ludzie żyją tu w symbiozie z tym, co przejedli, przepili, zużyli… Wyrzucają od tak − pod dom, przy drodze, na chodniku, w parku, do rzeki, na przystanku. Kolekcjonują resztki, jakby to ile wyrzucą świadczyło, o tym kim są. Nikt nie uczy tutaj podstaw ekologii czy ochrony środowiska, nie karze za śmiecenie. Potrzeba, co najmniej, dwóch pokoleń, żeby zużyty papierek Albańczyk wyrzucał do kosza, a nie za siebie. Inaczej kraj utopi się w morzu wytworzonych odpadków.

***

Kiedy przyjechałam na studia rzucałam się pazernie na wszystkie wolontariaty. Z resztą, mimo że minęły już od tego czasu ponad cztery lata, dalej zgłaszam się wszędzie gdzie mogę. Niektórzy znajomi pukają się w głowę, mówią: Po co ci to? Co ty z tego masz? A ja sobie tłumaczę, że to jedyny taki moment, kiedy mogę zrobić coś bezinteresownie, nie dla pieniędzy, wbrew wszechpanującemu materializmowi i konsumpcjonizmowi, dla innych a czasami bardziej dla własnej satysfakcji. W takim porywie trafiłam do programów wolontariackich prowadzonych przy Kościele Świętego Ducha. Na początku pracowałam w programie pomocy dla uchodźców, a potem dołączyłam do grupy misyjnej, z której wiele osób wyjechało na misje do Afryki.

***

Na wyznaczonym miejscu nikt nie czeka. Jest godzina 14 − pora sjesty. Na tarasie hotelu siedzi kilku mężczyzn i popija kawę albo rakiję. Mówią coś po albańsku. Polki nie znają albańskiego. Mężczyźni wysyłają kelnera − ten po angielsku prosi, aby usiąść. Przynosi dwie porcje lodów, prezent od szefa. Dziwi gościnność − tyle się słyszy o tej polskiej, a tutaj taka albańska. Kelner tłumaczy, że faleminderit znaczy dziękuję. Wolontariuszki ‚faleminderitują’ właścicielowi.

***

W Bilaj nikogo nie dziwi obecność Polek. Proboszcz parafii jest Polakiem, poprzedni proboszcz również i wikariusz, jedna z parafianek ma męża Polaka, inna studiuje w Polsce, a co roku przyjeżdża tu nawet kilkunastu wolontariuszy z Polski. Już w dwie godziny po przybyciu wolontariuszki są gośćmi honorowymi na urodzinach jednej z parafianek. Potrafią już powiedzieć: „dzień dobry” i „dziękuję”. Na przywitanie cała rodzina serdecznie całuje je w policzki. Wypytują czy są z miasta czy ze wsi, czy mają krowy, świnie i czy nie szukają może męża, bo mają syna, akurat w tym wieku.

Ale Polki dziwi to że mąż jedzie na osiołku trzymając małą córeczkę, a żona prowadzi tego osiołka. Na uroczystości z okazji setnej rocznicy urodzin bł. Matki Teresy z Kalkuty to mężczyźni siedzą na krzesłach, na najlepszych miejscach, w cieniu figi. Ci pechowcy, którzy nie zmieścili się na dobrych krzesłach mają za sobą swoje małżonki z parasolami chroniącymi przed słońcem głowy, przede wszystkim mężowskie, a potem swoje własne. Dziwi, że matki chodzą wszędzie za rękę ze swoimi prawie dorosłymi córkami, które są na wydaniu. Dziwią kontrakty ślubne z nieznajomymi pracującymi we Włoszech, których panny poznają na parę dni przed ślubem.

***

Sceptycznie podchodziłam do opowieści osób, które nigdy nie były na Bałkanach, a straszyły nas wojną i mafią. Każdego wieczoru spotykaliśmy się w kaplicy na wspólnej modlitwie. Po 20. w sierpniu robi już się ciemno. Absolutna ciszatylko głosy modlitw i cykanie cykad dookoła. I nagle seria z karabinu. I kolejna. Miałam w głowie najciemniejsze scenariusze. Przypomniałam sobie ślady kul w suficie plebanii i historię proboszcza, który musiał wyjechać, bo kanun [kodeks albańskiego prawa zwyczajowego-przyp. red]. I kolejna seria, i następna. Byłyśmy pewne, że ktoś zaraz wpadnie do kościoła i wystrzela nas wszystkich. Proboszcz spokojnie wyjaśnił: „sąsiad ma owce i strzela na wilki”.

***

Istnieje anegdota o krzyżach przy polskich drogach. Europejczycy, dziwią się. „Co te krzyże tak stoją i stoją przy tych drogach? Czy Polacy nie mają cmentarzy, że swoich zmarłych grzebią przy drogach”.

Może dlatego Polaków nie dziwią ‚niby-grobowce’ przy drogach i mostach w Albanii. Imiona, nazwiska, daty, zdjęcia i kwiaty. Przejeżdżając przez ten kraj można opowiedzieć całe historie ludzi z pomników. Kodeks drogowy Albańczyka mówi: „jedź tak, ażeby dojechać, a żadne inne prawa ruchu nie dotyczą ciebie.”

DSCN4019

Mało kto wybierając się do obcego kraju pędzi na najbliższy cmentarz. Na cmentarzu w Bilaj średnia wieku z nagrobków wynosi 20-30 lat. Może dlatego, że oko podświadomie szuka rówieśników. Najczęściej ofiary wypadków samochodowych, czasem chorób, a jeszcze innym razem nieszczęśliwie zakochani. Nagrobki prawie takie jak u nas. Granity, krzyże, figury, prośby o modlitwę i wiersze o krótkim życiu. I zdjęcia − mnóstwo zdjęć. Zwykłe nagrobkowe, obok nazwiska, nadruk na frontowej stronie nagrobka, na tylnej i jeszcze zdjęcia w ramkach. U starszych zmarłych fotografie w tradycyjnych strojach. Wśród dekoracji szklane kamyki: białe, czerwone, błękitne, zielone. Na niektórych nagrobkach wylegują się jaszczurki, pod innymi chowają się żółwie.

***

Największą radość sprawia uśmiech dzieci. Czekają od rana na nasze wejście. Niektóre schodzą do podnóża góry, żeby towarzyszyć nam w drodze. Rzucają się na szyję, gdy nas widzą i nie chcą puścić, kiedy pora wracać do samochodu. Chcą wiedzieć o nas wszystko. Czy Polska jest daleko? Czy mamy rodzeństwo? Po co tu przyjechaliśmy? Co oznacza zawieszka z literą „T” na szyi?

***

Lata temu pewien Albańczyk szalenie bał się inwazji obcych mocarstw. Czasy sprzyjały temu − zaatakować mogła Jugosławia, Związek Radziecki, Chiny, Stany Zjednoczone. Mógł wiele, bo przez ponad czterdzieści lat władał krajem. Nazywał się Enver Hodża i jemu Albańczycy zawdzięczają kilkaset tysięcy bunkrów rozrzuconych po całym kraju. Bawią się w nich dzieci, chronią skorpiony i nietoperze, można w nich przechowywać zbiory z ogrodów, można wyrzucić niepotrzebne graty, przerobić na garaż, albo na bar serwujący nad morzem przekąski. Bunkrów nie jest łatwo pozbyć się (konstruktor budowli sam testował ich wytrzymałość), więc lepiej zaadaptować żelbetonową budowlę niż próbować ją zniszczyć.

Te bunkry stanowią nieodłączny krajobraz Albanii. Towarzyszą od przekroczenia granicy. Wolontariuszki mijają je każdego dnia w drodze na placówki.

Albania się buduje. Obok małych domków rosną kilkupiętrowe nowe wille. Nikt w nich jeszcze nie mieszka i nikt szybko nie zamieszka. Albańczycy emigrują do Włoch, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Za zarobione pieniądze budują domy dla swoich rodziców lub dla siebie na stare lata. Na szczycie domu wieszają zabawki najmłodszych dzieci. Przy samych dachach wiszą wypłowiałe misie, lalki, piłki, grabki, łopatki, samochody.A to wszystko na szczęście…

***

Dzieciaki dają nam różne dowody sympatii. Czasem są to kolby kukurydzy z ogniska, czasem garście fig z ogródka. Kiedy Henry, Ornela i Aurora wyjeżdżają do Durres na wakacje przybiegają do nas z podarkami. Bransoletki, które umieją robić dzięki poprzednim wolontariuszom, kolorowe kamyki z grobowców, gumki do włosów i kartki z zeszytów z najpiękniejszymi wyrazami sympatii, jakie można sobie wyobrazić: „Te dua”. To nic, że pisane było też dla naszych poprzedników, to nic, że otrzymają je i wolontariusze po nas. W tej chwili są to dla nas najpiękniejsze słowa na świecie. I same czujemy się trochę Albankami.

***

Po tygodniu Albania przestaje zaskakiwać. Każdego dnia co raz więcej słów można powiedzieć w tym języku, który nie przypomina żadnego innego. Ma coś w sobie z polskiego, włoskiego, rosyjskiego, a nawet z angielskiego. Chociaż dzień opiera się na znanym porządku, to nie popada się w rutynę. Następnego dnia bieli się inny kawałek płotu niż poprzedniego. Następnego dnia wywozi się taczkę z innym gruzem niż poprzedniego. Następnego dnia przygotowuje się inny posiłek albo porządkuje się dom i gasi światła przed snem. Następnego dnia pod górę do Malkuça wchodzi się dłużej bez przystanku niż dnia poprzedniego.

DSCN3855

A potem pakuje się ten cały miesiąc do plecaka. Wsiada do samochodu. Łzy dusi się w sobie − nie trzeba ich pokazywać. Może się wróci, może się nie wróci. Tym razem to Polska zaskakuje − szaro, deszczowo, zimno i dwadzieścia stopni mniej.

Lato 2010

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s